Thank You, AA?

Oficjalnie, 25 października tego roku, Stephane Antiga został nowym selekcjonerem reprezentacji Polski. Pomimo protestów licznej grupy kibiców, ckliwych wpisów na Twitterze Anastasiego i zapewnień z jego strony, że nadal ma pomysł na tą drużynę. Szkoda?

 

Tak naprawdę era Anastasiego zakończyła się tuż po gwizdku oznajmiającym koniec meczu Polska-Bułgaria w barażach Mistrzostw Europy. Mogliśmy się wszyscy spodziewać, że decyzja PZPS-u będzie taka, a nie inna – oni nie mają w zwyczaju przywiązywać się do nikogo ani niczego, oprócz swoich posad. Niczego oficjalnie nie potwierdzano ani nie ogłaszano, ale czuliśmy po kościach, że coś się zmieni. Taką już mamy mentalność, że uwielbiamy ludzi, gdy robią dla nas dobrze i dzięki nim nasi sportowcy osiągają sukcesy. Dopóki wszystko idzie po naszej myśli, są przez nas wznoszeni na najwyższe szczyty. Gorzej z nimi, kiedy podwinie im się noga. Potrafilibyśmy zmieszać ich z błotem przy pierwszej lepszej okazji, a media, które dzień wcześniej kreowały wokół danej osoby świętą otoczkę nagle zmieniają diametralnie zdanie. Smutne, ale chyba już nieodwracalne.

Wygraliśmy z nim brąz w Mistrzostwach Europy 2011, srebro na Pucharze Świata w Japonii oraz brąz i złoto na turnieju Ligi Światowej. Prowadził drużynę inaczej, niż Daniel Castellani. Znalazł swoją perfekcyjną szóstkę graczy, która – mówiąc kolokwialnie – „działała”, do czasu. Stworzył drużynę wojowników, gotowych oddać serce i wszystkie swoje siły na boisku, aby wygrać. Wielu kibiców nie widziało nikogo innego na tym stanowisku, oprócz Świętego Anastasiego, tak jakby wcale nie miał poprzedników i był trenerem od zawsze. Pasował tam jak mało kto.
Anastasi z pewnością był trenerem, który zasługuje na miano „wielkiego”. To on odkrył Boćka, to on ufał do końca Żygadle, to on odsunął swojego reprezentacyjnego „syna” z pozycji libero. Wysokie pozycje na najważniejszych światowych turniejach mogą nas jedynie w tym utwierdzić, jednak z drugiej strony niczego nie zdziałalibyśmy bez naszych zawodników. Ale to on prowadził drużynę od początku do końca. Tak było przed 2013 rokiem, ponieważ teraz taktyka, którą daliśmy radę wygrać z Brazylią i Rosją, bardziej przypominała znoszony od dawna but. Wcześniej dobrze skrojony, wypastowany, z metalowymi elementami konstrukcji. Teraz – dziurawy, z lekka rozklekotaną podeszwą. Zawodnicy wyglądali, jakby grali ze sobą pierwszy raz, jakby ktoś wymazał z ich pamięci wcześniej zdobyte trofea. Na boisku zachowywali się jak mało doświadczeni gracze, pozwolili, by do ich szeregów wdarła się nerwowość. Zapomnieli kim są i co osiągnęli. Nawet liderzy nie zdołali pociągnąć drużyny do zwycięstw.

Czy powinniśmy oceniać Antigę właściwie przed rozpoczęciem sezonu? Nie. Stephane to wybitny siatkarz i inspirujący człowiek o trenerskiej duszy. Sam wiele razy przyznawał, że marzy o rozpoczęciu kariery jako szkoleniowiec. Gdybyśmy wcześniej usłyszeli od kogoś pytanie: „Czy widzisz Stephana Antigę na stanowisku selekcjonera drużyny siatkarskiej?”, zapewne po chwili dłuższego zastanowienia stwierdzilibyśmy, że owszem, ponieważ to inteligentny i bardzo doświadczony człowiek i pewnie by sobie poradził. Niestety raczej nikt nie zareagował tak, kiedy Jerzy Mielewski poinformował o tym na swoim Twitterze, a wręcz przeciwnie – 2/3 siatkarskiej Polski złapało się za głowę, nie potrafiło wydusić z siebie ani słowa, a Ireneusz Mazur zgubił swoje auto na parkingu. Nie wiadomo dlaczego tak wiele osób odnosi się do decyzji prezesa Przedpełskiego w sposób negatywny. Wszystko da się zrozumieć, nie reagujmy tak nerwowo. Podejdźmy do tego ze spokojem i zaufaniem. Chociaż z drugiej strony…

Nie wiemy czego się spodziewać. Czy porozumie się z kadrowiczami tak, jak zrobił to jego poprzednik i czy zamysł, który niewątpliwie już kreuje się w jego głowie będzie na tyle skuteczny, by poprawić wyniki z ostatniego sezonu? Jedno jest pewne – zasługuje na taką szansę, jaką daliśmy Anastasiemu, a nawet powinniśmy dorzucić do tego bonusowy pakiet zaufania.

 

Przestańmy rozpaczać nad wyborem Związku i powitajmy Antigę. Szczerze wierzę, że jest to dobry człowiek na dobrym miejscu i w dobrym czasie. Potrzebowaliśmy zmiany i wiem, że wielu może myśleć, że to nie ta, której nam teraz potrzeba, ale negatywne komentarze i pesymistyczne patrzenie w przyszłość nie zmieni decyzji zarządu.
A skoro historia lubi zataczać koło, to może powtórzymy sukces, jaki osiągnął Hubert Jerzy Wagner w swojej trenerskiej karierze?

 

Autor: Karolina Olechowska
Zdjęcie: fivb.org

Share Button

Komentarze

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*