Karol Kłos: Wolałbym być najgorszym, ale żebyśmy wygrali

Starcie z Jastrzębskim Węglem nie zakończyło się szczęśliwie dla PGE Skry Bełchatów. Po przegranym przez Mistrza Polski meczu udało nam się porozmawiać z Karolem Kłosem, który opowiedział nam o lidze, tym dlaczego bał się rozmowy z trenerem Heynenem i „uzależnieniu” od seriali i gier.

Magdalena Żywicka, volleyflash.pl: Statystki pokazały, że byłeś jednym z najlepszych zawodników tego meczu. Co powiedziałbyś zatem o waszej grze?
Karol Kłos: Dziękuję bardzo, ale niestety nie cieszę się. Wolałbym być najgorszym, ale żebyśmy wygrali, niż grali i nie zdobyli tych punktów, które są naprawdę ważne. Mogę się cieszyć, że idę do przodu i robię kolejny kroczek, w tym, żeby grać równo i dobrze, bo tego bym chciał. No, ale przegrywamy, nie zdobywamy punktów, a rywale na pewno nie będą później słabsi. Przegraliśmy też wcześniej z drużynami, z którymi teoretycznie nie powinniśmy byli. Liga jest jeszcze długa, pozostało wiele spotkań i wiele drużyn może jeszcze te punkty potracić. My musimy patrzeć na siebie i zbierać je, ale póki co bardzo ciężko z tym.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że jeszcze się docieracie, zgrywacie. Czy to jest jedna z przyczyn porażek?
KK: Tak to wygląda. Widać, że jeszcze aż tak się nie czujemy razem w takich trudnych momentach. Nie czujemy takiej pewności, że dobra ja robię to, ty robisz to i ja wiem, że ty tam jesteś obok mnie i to zrobisz. Po prostu musimy się jeszcze bardziej zgrać jako drużyna. Mam nadzieję, że tego się nauczymy. Jestem zadowolony z meczu z Jastrzębiem, bo to było fajne granie. Obrony Kuby Popiwczaka w trzecim secie były niesamowite. Dawali nam piłkę, a my jednak nie potrafiliśmy jej skończyć.

Jedno z tych najważniejszych spotkań „pod presją” macie z głowy. W dodatku wygraliście je. Mówię o Superpucharze.
KK: Superpuchar superpucharem. Piotrek Nowakowski chyba powiedział, że to jest granie o pietruszkę według niego. My się cieszymy, bo zgarnęliśmy już jedno trofeum, więc co on mógł powiedzieć po przegranym meczu i to 3:0. Tam naprawdę graliśmy równo, wywarliśmy presję na przeciwniku i tego się trzymaliśmy. Agresja od samego początku do końca. To było fajne. Tutaj gdzieś zdarzają nam się przestoje i to chyba przeszkadza nam płynnie, fajnie grać.

Czy to może być jakiś znak, że najlepiej poradzicie sobie w najcięższych spotkaniach? Tym bardziej, że one nadchodzą, bo oprócz PlusLigi jest jeszcze Liga Mistrzów i Klubowe Mistrzostwa Świata.
KK: Tego grania mamy bardzo dużo. Będzie mnóstwo spotkań i do każdego musimy podejść w pełni skoncentrowani, bo brakuje nam punktów w PlusLidze, a faktycznie przyjdzie jeszcze granie na innych frontach. Mam nadzieję, że to nam pomoże, że nie będzie kontuzji i scalimy się jako zespół. Bo takie granie jest nam potrzebne. To nie jest to samo co trening. Tutaj ma się końcówki po dwadzieścia, które decydują kto wygra w danym meczu. To jest zupełnie co innego i tego się wytrenować na treningu nie da.

Między innymi to spotkanie takie było. Końcówki decydowały tutaj o wyniku.
KK: Właśnie dlatego uważam, że to było fajne granie, z dobrym przeciwnikiem.

Nawiązując do dobrego przeciwnika. Głośno było przed sezonem o okienku transferowym. Was zmiany również nie ominęły.
KK: No tak. Nowych-starych w sumie. Artur (Szalpuk – przyp. red.) był już u nas, ale teraz to jest zupełnie inny zawodnik. Mistrz Świata. Grzesiu (Łomacz – przyp. red.), który był i jest, Kuba (Kochanowski – przyp. red.), który grał niesamowite ostatnie mecze, świetnie blokował, miał super skuteczność, dobrą zagrywkę. Były mecze gdzie próbowaliśmy wdrożyć Renee (Teppan – przyp. Red.), bo to też jest dobry zawodnik, który jest w stanie bardzo odciążyć Mariusza Wlazłego, któremu to też się przyda. To jest poligon doświadczalny i to nie zawsze wypala, ale oni na pewno będą mieli jeszcze szanse udowodnić, że są świetnymi zawodnikami, wysokiej klasy, którzy nie odpuszczają i cisną.

Jak skomentowałbyś w takim razie opinie, które gdzieś tam krążą po internecie, że „Skra nie ma drugiej szóstki”?
KK: To jest bzdura. Mamy naprawdę fajnych zawodników, fajną atmosferę. Myślę, że ci zawodnicy pokażą na co ich stać, chociażby Milan (Katić – przyp. red.), który w Superpucharze pokazał, że jest w dobrej formie i może nam bardzo pomóc. Spokojnie, niech sobie mówią. Ludzie w ogóle bardzo dużo mówią na początku ligi, bardzo często już po kilku kolejkach rozdają medale, gdzie tak naprawdę trzy mecze wygrane za trzy punkty diametralnie zmieniają tabelę. Dużo się dzieje.

Pozwól, że zapytam również o reprezentację. Zrezygnowałeś z gry, w pełni świadomie, a w jednym z wywiadów po upublicznieniu tej informacji powiedziałeś, że bałeś się rozmowy z trenerem Heynenem. Czego się bałeś? Reakcji, tego, że pomyśli, że gwiazdorzysz, czy tego, że potem może nie być dla Ciebie miejsca?
KK: Każdego po trochu. Zrezygnowałem, bo fizycznie czułem, że muszę być w dobrej formie, żeby pomóc. Czuć się z tym dobrze, a nie być tam tylko na kredyt zaufania. Powalczyć i grać, żeby być w tej reprezentacji tak, jak kiedyś byłem. Wiedziałem, że moje zdrowie mi w tym nie pomoże. Męczyłbym się, a to by mi nie pomogło. Dlatego wolałem wziąć „dziekankę” i załatwić wszystkie sprawy. W międzyczasie rehabilitowałem się w Hiszpanii. Ten wyjazd bardzo mi pomógł, bo praktycznie nie odczuwam bólu, a zawsze musiałem grać na proszkach przeciwbólowych. Cieszy mnie to, nic mnie nie boli, mogę cisnąć na treningu, żeby być coraz lepszym. Jestem smutny, że mnie tam nie było i tak, jak na przykład Piotrek Nowakowski nie jestem podwójnym Mistrzem Świata, co jest mega fantastyczne i niewiarygodne. Było mi trochę przykro, że oni to robią, ale cofając się myślami, uważam, że podjąłem dobrą decyzję. Być może gdybym zdecydował inaczej, teraz nie byłbym w stanie pomóc Skrze, a chcę bardzo to zrobić i udowodnić też trochę tutaj. Wygrać coś, bo mamy fajny zespół. A mogłoby być tak, że wróciłbym tutaj i umierał z bólu, albo głowa by nie wytrzymywała. Drugą kwestią jest to czy bym w ogóle pojechał, bo to też mogłoby się nie wydarzyć. Jeszcze czym innym jest, gdybym się rehabilitował i nagle odpadł. To byłby dosłownie strzał w kolano, bo właśnie kolano mnie bolało. Tak to wyglądało, to była dobra decyzja. Chłopakom gratuluję, to była mega dobra wiadomość dla polskiej siatkówki, że stanowimy potęgę na świecie. Osiem lat panowania – to jest niewiarygodne, jak się o tym myśli. Brawo oni! Takich czterech spotkań to nie wiem, czy kiedykolwiek reprezentacja tak zagrała. To była kosmiczna siatkówka, oglądało się to wspaniale. Oglądając finał, gdy piłka leciała do Bartka Kurka, to ja już wiedziałem, że będzie punkt na sto procent.

A były takie momenty, że zwątpiłeś? Gdy oglądałeś mecz i myślałeś „oni nie dadzą rady”.
KK: Każdy gdzieś tam wątpił. Dobrze, że chłopaki nie wątpili i cisnęli, bo mieli mecz o życie z Serbami, złamali Amerykanów, co nam się do tej pory w ogóle nie zdarzało. Grali niesamowicie cierpliwie, mądrze, niektórym zawodnikom, tak jak Bartkowi Kurkowi życie oddało z nawiązką pracę, wysiłek i wkład. To jest chłopak, o którym różne głosy były. Po co gra, żeby przerwał karierę, a on cały czas cisnął, też miał swoje problemy zdrowotne, no ale to jest taki typ, który zawsze ostatni wychodzi z treningu, zawsze zostanie jeszcze poatakować. Nie byłem tam, nie wiem, jak to wyglądało, ale wydaje mi się, że tak wyglądał Bartek na przygotowaniach do Mistrzostw Świata.

Powiedziałeś, że Bartek dostał szansę. Czy zatem patrząc trochę brutalnie, że tak to ujmę, ty tę szansę również komuś dałeś. Myślałeś kiedyś o tym w ten sposób?
KK: Nie. Pytanie, czy gdybym ja tam był, to bym walczył o to miejsce w tym składzie, kosztem któregoś ze środkowych. Trudne pytanie, na które chyba nie ma odpowiedzi. Trzeba by spróbować. Podjąłem taką decyzję i nie zastanawiałem się nad tym. Jest to jakieś ciekawe myślenie i miłe, dziękuję.

Czy gdzieś tam oglądając te mecze reprezentacji, myślałeś zatem sobie „no dobra, mamy fajny skład pod względem środkowych, czy zatem będzie dla mnie miejsce za rok”?
KK: Na pewno tak, ale tak, jak mówię, skupiłem się teraz na siatkówce klubowej, na Bełchatowie, bo mamy fajną ekipę i wiele do udowodnienia, wygrania, przegrania. Do tego super atmosferę i tym bardziej jest trochę szkoda, że ten początek to delikatny falstart. Ja bym bardzo chciał, żeby ten zespół zaczął fajnie, równo grać, bo naprawdę stać nas na wiele. Dlatego skupiłem się na tym. Nie myślę o reprezentacji. Chciałbym dobrze grać i to jest mój cel. Czuć się tak jak teraz się czuję fizycznie. No może trochę lepiej.

Na korzyść z pewnością jest również fakt, że w Lidze Mistrzów nie podróżujecie daleko.
KK: Ligę Mistrzów wylosowaliśmy bardzo fajnie. Cieszymy się, bo nie będą to długie wyjazdy. Trochę nas to losowanie oszczędziło w przeciwieństwie do ZAKSY, ale w tamtym roku to my startowaliśmy z drugiego miejsca w Polsce i to nas wtedy nie oszczędziło. Mamy dużo wypadów do Gdańska, dobra droga, pogoda może nie za ładna, ale Gdańsk to Gdańsk.

Mówi się już, że będzie iście bratobójcza walka, że dużo się podzieje.
KK: Zobaczymy. Ciekawe to. Na pewno będzie dużo tego grania, a to dopiero początek. Możemy się martwić, że przegrywamy, ale najważniejsze są te ostatnie mecze. Obyśmy zatem skończyli dobrze. Tego sobie życzę. Tak jak w tamtym roku. Też mieliśmy problemy, też nie zawsze było dobrze, gra w Lidze Mistrzów była nierówna, a fajnie skończyliśmy i chciałbym, żeby teraz było tak samo.

Twoja żona zauważyła, o czym poinformowała na Instagramie, że nie może w takim razie przychodzić na wasze mecze, bo podobno przynosi pecha.
KK: Jak widać, nie działa to tak. Tutaj jej nie było i też przegraliśmy. Nie wierzę w takie zabobony.

Może zatem spokojnie przychodzić?
KK: Oczywiście, że tak. Mi jest zawsze bardzo miło, jak żona jest na meczu.

Czujesz większą presję, jak ktoś bliski jest na meczu?
KK: To jest zawsze takie fajne uczucie. Jak na przykład nie ma pełnej hali, a jest ktoś znajomy, to chce się więcej pokazać. Ci ludzie nie widzą tych treningów, tych godzin codziennie. Nie zawsze jest się w super formie i nie zawsze się człowiek dobrze czuje, ale wstajesz i idziesz. Czasami są takie momenty, że wstajesz na popołudniowy trening i myślisz „nie mogę już, nie mam siły”, ale wstajesz, pijesz kawkę, jedną, drugą, albo tak jak trener siedem i to jest fajne. Idziesz na trening i masz dobrą atmosferę, wiesz, że się będzie działo, że czegoś się nauczysz, że się poprawisz. Dlatego jest mi smutno, że przegrywamy, bo mamy fajną grupę ludzi. Począwszy od trenerów, stafu, a kończąc na zawodnikach.

Można powiedzieć, że Karol Kłos tę chwilę relaksu z kawą zamienił na chwilę relaksu z FIFĄ?
KK: Coś tam odkurzyłem i zacząłem grać.

To już jest jakieś uzależnienie czy niespełnione ambicje?
KK: Żona mi nie pozwala. Kiedyś chciałem być bramkarzem, ale mi nie wyszło. Nie żałuję.

Jeszcze jakieś gry są teraz przez Ciebie wybierane?
KK: Spider-Man. Akcja dzieje się w Nowym Jorku, więc mogę sobie wspominać, jak tam byliśmy. To jest spoko.

A seriale? Bo to chyba twój drugi konik.
KK: Oj tak. Teraz oglądam „Ślepnąc od świateł”, którego zostały mi dwa odcinki, więc po powrocie na pewno skończę. Jest świetny. Ogólnie dużo seriali, bo i ja i moja żona lubimy oglądać. Netflix, HBO GO i jazda. Dużo jest takich seriali, gdzie ja, albo moja żona musimy czekać, żeby obejrzeć je razem.

Częściej oglądacie je w Bełchatowie, czy w Warszawie? Bo wy tak naprawdę dzielicie życie na dwa miasta.
KK: Częściej w Bełchatowie, bo tam żyjemy na co dzień. Mamy mało czasu i nie zawsze są chęci, żeby wsiąść w samochód i pojechać do Warszawy, pomimo tego, że nie ma daleko.

Dla volleyflash.pl rozmawiała Magdalena Żywicka.

Share Button

Komentarze

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*